- Nie możesz tak mówić. .

Branson ponownie wezwał P 3, dwóch obserwatorów garażu.. Widząca skóra. - Ona płacze, bo jest sierotą! - rzekła do Hanysa jakaś starsza dziewczyna.. Mogło być gorzej. Filch zaprowadził ich na dół, do gabinetu profesor McGonagall na pierwszym piętrze, gdzie usiedli i czekali, nie odzywając się do siebie. Hermiona dygotała. W głowie Harry'ego trwała rozpaczliwa gonitwa wyjaśnień, alibi i najdzikszych historyjek, mających wytłumaczyć nocną eskapadę, a wszystkie były do niczego. Tym razem wydawało się, że nic ich nie uratuje. Znaleźli się w potrzasku. Jak mogli być takimi głupcami, żeby zostawić pelerynę na wieży? Trudno sobie wyobrazić powód, dla którego profesor McGonagall mogłaby wybaczyć im wałęsanie się po szkole w środku nocy, a tym bardziej wspinanie się na szczyt wieży astronomicznej, na którą wstęp był dozwolony tylko w czasie lekcji, pod opieką nauczyciela. A jeśli doda się do tego Norberta i pelerynęniewidkę, mogą już pakować kufry. Tak więc Harry był przekonany, że nie może być gorzej. Mylił się. Ujrzeli bowiem profesor McGonagall, prowadzącą Neville'a.. Człowiek powiedział mi, co w życiu jest piękne, a.... We trzech weszli do supersamu. Skorpion, Kobra, a między nimi Robert. Nowoczesny sklep zapełniony był towarami aż pod sufit. Produkty z całej Europy spoczywały tu na półkach. Kusiły barwnymi opakowaniami i odstraszały cenami. Nie wszystkich jednak, bo o dziwo, mimo późnej pory, sklep był pełen klientów. Z wypełnionymi po brzegi wózkami ścigali się w drodze do kas. - "Muszę pokazać to ojcu" - pomyślał Robert. Mieszkali po drugiej stronie miasta, na robotniczym osiedlu, a sklep był po przeciwnej stronie za kanałem koło dzielnicy willowej. Stanęli za regałem z karmą dla psów. - No, Prymus, twój debiut. Smile. Skorpion klepnął przyjaźnie Roberta po plecach. Robert ruszył do przodu. Stoisko monopolowe oferowało setki gatunków wódek stojących rzędami na sześciometrowej długości regałach. Robert odczekał, aż ostatni klient odejdzie od kasy. Sam nie wiedział dlaczego był podniecony. Przecież nic nie robił. Miał po prostu podejść do lady i poprosić o butelkę Johnie Walkera. - Dzień dobry. Poproszę dwie butelki Johnie Walkera - wydusił z siebie. Ekspedientce było absolutnie obojętne kto stał po drugiej stronie lady. Nawet nie spojrzała na Roberta. Leniwie przeszła w drugi koniec stoiska i zaczęła szukać butelki na półce. - "Już po strachu" - pomyślał. - "Co w tym złego"? - Był nawet z siebie zadowolony. Pokonał pierwszy strach. - Jest tylko jedna. To ostatnia butelka, nie ma więcej - odpowiedziała leniwie. Tym razem ekspedientka podniosła wzrok. Ze zdziwieniem stwierdziła, że klient zniknął. Rozejrzała się dookoła, ale nikogo nie było. Skorpion i Kobra czekali na Roberta koło proszków do prania. - No i co? - spytał Kobra. - Wszystko sprzedali. Nie ma nawet w magazynie - odpowiedział Robert. Kobra pokiwał głową. Skorpion klepnął Roberta w plecy. - Leć do samochodu - rzucił niedbale. Robert posłusznie zawrócił na pięcie i zniknął w drzwiach z napisem "wyjście". Kobra i Skorpion prawie jednocześnie odwrócili się w drugą stronę i poszli w kierunku drzwi z napisem "Office". - Utyłeś - stwierdził z przekąsem Skorpion. Kobra spojrzał na niego, a potem na swój brzuch. Poklepał się wciągając jednocześnie powietrze. -Pierdzielisz. Skorpion wszedł pierwszy na zaplecze. Korytarz był szeroki. Skrzynki z Coca-Colą zastawiały przejście, ale mimo to mogli iść obok siebie. Skorpion sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyjął żelazny kastet. Skręcili w prawo w krótki korytarz zakończony drzwiami z napisem "Private". Nie zwalniając kroku otworzyli i z hukiem weszli do środka. Na środku niewielkiego pokoju stało biurko, a przy nim siedział właściciel sklepu. Skorpion wyhamował dopiero przed samym biurkiem. Odwrócony bokiem Szczypiorski nie zareagował na ich wejście. Był to facet dobijający czterdziestki, niewysoki, o krępej budowie ciała, którego natura zapomniała obdarzyć szyją. Głowa wyrastała z ramion tak, że aby spojrzeć na Skorpiona musiał odwrócić się całym ciałem, wraz z krzesłem. - Wpadliśmy tak na chwilę, żeby forsę odebrać - zaczął Skorpion. - Nie sprzedałem jeszcze towaru - odpowiedział Szczypiorski. Tułów wraz z głową odwrócił się z powrotem do komputera ignorując ich obecność. Skorpion chwycił z biurka gruby plik faktur i cisnął nimi w powietrze. Za sobą usłyszał głos Kobry. - Chodź, zobaczymy czy rowery stoją na zewnątrz. Skorpion poczuł się nieswojo. Spojrzał w bok. Wszedł tak szybko, że nie zdążył wcześniej rozejrzeć się po pokoju. I to był błąd. Po jego prawej i lewej stronie stało dwóch mężczyzn, którym Skorpion sięgał głową do połowy krawata. Ten stojący z prawej uniósł dłoń i przytrzymał otwartą przed Skorpionem. Ten posłusznie położył na niej kastet. Dłoń była wielka jak łopata. Kastet wyglądał jak breloczek. - Sprzedałeś - brnął dalej Skorpion.. -Nic, mało ci jeszcze? Wyszli, wsiedli i odjechali. Połazili tylko trochę po brzegu, żeby popatrzeć, czy pan Wolski gdzieś się tam nie czołga, ale oddzielnie, i żaden do siebie nic nie gadał. A jak wsiadali, to JUŻ ich obchodziło wyłącznie to, kto mu pomógł. Nie zgadli. Teraz wy powiedzcie, co było, a ja niech wreszcie zjem do końca. - Źle było - odparła Janeczka z mieszaniną gniewu i satysfakcji i wyprostowała się na kuchennym stołku, odrywając łokcie od stołu. - Pan Wolski zabronił się podwozić pod sam dom. Wsiadł do taksówki na placu Unii. Powiedział, że nikt nie ma prawa zobaczyć go razem z nami i okazuje się, że pod tym względem miał rozum. Owszem, uratowaliśmy mu życie i jest nam bardzo wdzięczny, ale gadać nie miał zamiaru. Jak tylko mu zadawałam pytanie, od razu udawał ciężko chorego. A w minutę później wracał do zdrowia. - Tak znowu wiele do gadania to już mu nie zostało - wtrącił Pawełek trochę niewyraźnie, bo akurat wepchnął do ust pół pasztecika. - Wiele czy niewiele, nie chciał mówić nic. I bardzo dobrze, że tyle się dowiedziałeś od tych zbrodniarzy, teraz już pan Wolski swoimi tajemnicami może się wypchać. Jeszcze tylko te. drzwi mnie ciekawią. A z nim nie ma co się zadawać, bo nawet jak go zapytałam, co woli, nas czy porucznika, powiedział, że w to wszystko mogą się mieszać tylko osoby dorosłe. Uparty jak stado mułów i właściwie wcale mi się nie podoba. -Coś mi się widzi... - zaczął Rafał i zamilkł. Odczekali chwilę. Pawełek przełknął. - No? Co ci się widzi?.